|
Kocham Anglię jak drugą ojczyznę, ale coraz trudniej patrzy mi się na to coraz bardziej zagubione społeczeństwo.
Na tłumy świetnie ubranych ludzi, z obowiązkowymi kubkami pachnącej kawy w dłoniach, na wielkich pisarzy i genialnych biznesmenów tak totalnie bezradnych wobec podstawowych pytań o sens życia i o to, czym jest śmierć.
Na ludzi, którzy mylą seks z sensem, na tych, którzy do tego stopnia chcieli być poprawni politycznie, że sparaliżowały ich tysiące sprzecznych pragnień ludzkich. Którzy głoszą bezkarnie dyrdymały niczym Amis – każdy ma prawo się zabić, jeśli chce - pisze Szymon Hołownia w felietonie Newsweeka.
Publicysta uważa, że jedyne, co może jeszcze uratować usychającą od korzeni starą Europę, to skrzyżowane z nią przyniesione skądinąd sadzonki – imigranci.
"Kierowca z jakiegoś afrykańskiego kraju, który – mimo kalectwa – uśmiecha się do wszystkich tak promiennie, że nie mają wyjścia i sami po chwili szczerzą zęby.
Pokojówka w hotelu, która przyjechała z Macedonii, widzi moją Biblię, płacze i mówi zdanie, od którego statystyczny Brytyjczyk dostałby apopleksji, a statystyczny Polak dwóch pypci na języku: „Niech pana Bóg błogosławi”.
Kelnerka z Filipin, która między daniem głównym a deserem w nawiązaniu do eutanazyjnej debaty dała mi przepiękny wykład o godności ludzkiego życia, przy której nic i nikt nie ma prawa majstrować" - pisze Hołownia.
|